Tak więc przyszła pora na obiekt mojej trzeciej fazy, Cornelisa Vreeswijka. Ostatnio pisałam Wam, że muszę się uwijać z Declanem i z Cornelisem, bo niedługo są jego urodziny, Cornelisa w sensie, z tym, że pochrzaniło mi się, bo napisałam, że w poniedziałek. Byłam przekonana, że 8 sierpnia to jest poniedziałek, bo akurat pisałam z jedną taką dziewczyną, którą znam na tyle dobrze, że wiem, że zawsze robi pewną rzecz w poniedziałki, teraz przez parę tygodni tego nie miała i pisała mi, że następny raz będzie mieć ósmego, tak więc przekonana byłam, że to również będzie poniedziałek. No ale nieważne, w każdym razie urodziny Vreeswijka są dziś, także gratis p? födelsedagen, Cornelis, happy birthday, fijne verjaardag czy nie wiem, po jakiemu tam jeszcze. 🙂
W Szwecji dziś szumi o Vreeswijku, w Holandii nie tak bardzo, niewdzięczni są, ale nawet w Szwecji normalnie nie szumi tak jak dziś, bo dziś są osiemdziesiąte urodziny Cornelisa, w każdym razie byłyby, gdyby żył, nie wiem, czy gdzieś tam w zaświatach również je obchodzi. Mimo, że mi się już ta faza trochę przytłumiła moją czwartą jakże intensywną fazą, to jednak jak na przytłumioną fazę wciąż jeszcze Vreeswijk sporo miejsca w moim mózgu zajmuje. Strasznie się więc cieszę, że tak dzisiaj szumią w Szwecji ze wszystkich stron, dzisiaj już się zdążyłam rozkleić, bo dziennikarz szwedzkiego radia P4 zrobił reportaż o Vreeswijku i słuchałam jego pierwszej części, ja się jakoś bardzo łatwo nie wzruszam, to znaczy ogólnie chyba tak, ale nie tak do łez jak na przykład moja Mamulka, albo moja babcia, która obecnie płacze i z radości, i ze smutku, i czegokolwiek, co ją bardziej poruszy, ale jak słucham jakiegoś reportażu o Vreeswijku, a zwłaszcza jak oglądam iluśsetny raz z kolei film o nim, albo któryś z filmów z nim, no to się rozkleić muszę, nie ma innej opcji chyba, co mnie trochę wkurza czasami. Dzisiaj jeszcze mnie wybitnie wpieniało, jak czegoś nie rozumiałam, na ogół to były jakieś pojedyncze słowa czy frazy, albo jak ktoś wybitnie faflunił i niewiele się dało z tego zajarzyć, ale ja się obawiałam, że umknie mi coś bardzo istotnego, no i się wkurzałam. Aha, jeszcze dzisiaj w Dagens Nyheter, to jest taka szwedzka gazeta, jakby któś nie kojarzył, chociaż dość znana jest i poza Szwecją, pojawił się quiz o Vreeswijku. Ja go postanowiłam rozwiązać, i wiecie co? Ja bym się nie chciała chwalić, zresztą nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale z całego tego quizu nie znałam odpowiedzi tylko na jedno pytanie, mianowicie ile Cornelis dostał nagród Grammy, wiedziałam, że kilka, ale, że dla mnie się w większości przypadków bardziej liczy jakość, a nie ilość, rzadko kiedy mnie w ogóle liczby interesują, to nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Całą resztę wiedziałam. To już jest jakaś choroba, no nie? Swoją drogą, ciekawa jestem, ile wiedzą o nim Szwedzi, w sensie tacy przeciętni ludzie, nie takie fisie, jak ja. Większość Szwedów, których ja znam, poznałam jakoś przez Vreeswijka, na jakichś forach, blogach, czy cóś, także oni wiedzą z pewnością więcej niż ja, ale od takiego przeciętnego Erika Svenssona to ja jednak chyba wiem więcej, tak mi się wydaje. WOlałabym jednak, żeby mi się tylko wydawało, bo nieładnie by to o nich świadczyło. 😀 Ale dobra.
Powinnam Wam chyba trochę opowiedzieć o Vreeswijku, bo w Polsce tylko nieliczne jednostki go znają, chyba tylko ludzie, którzy znają szwedzki, jeżdżą do Szwecji, czy coś, no albo ci, którzy znają mnie i zdążyli się troszkę zarazić. 😛 Jak pisałam jeszcze na Drimolandii, moja fazunia była w apogeum i stworzyłam całego, wielkiego wpisa, z minibiografią Vreeswijka. Gdybym miała pisać o wszystkim, co o nim wiem, zajęłoby to chyba z dobre kilkadziesiąt stron, bo w przeciwieństwie do Enyi, która ogromnie chroni swoją prywatność i Declana, którego jak sądzę też rodzice bardzo chronili, o Vreeswijku media uwielbiały dostarczać informacji, wtedy niezawsze prawdziwych, teraz już raczej zweryfikowanych przez dość liczne biografie. Właściwie to chyba ja Wam tego wpisa z Drimolandii w następnym wpisie przekleję, tutaj napiszę tak tylko krótko o Cornelisie.
Tak więc Cornelis Vreeswijk urodził się 8 sierpnia 1937 roku w Ij Muijden w Holandii, to jest taka dość mała, portowa miejscowość. Jak jeszcze się bardzo interesowałam astrologią, to gdzieś słyszałam, że ludzie urodzeni w urodziny miesiąca, czyli właśnie 1 stycznia, 2 lutego, 3 marca itd. są genialni. Nie wiem ile w tym jest prawdy, niemniej jednak znam człowieka, który urodził się 1 stycznia i w sumie nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś mi powiedział, że jest genialny, o Cornelisie wiele osób tak mówi, nie wiem, czy w sensie potocznym, czy dlatego, że naprawdę tak sądzą, myślę jednak, że coś w tym jest. W wieku lat 12 razem ze swoją rodziną przeprowadził się do Szwecji, głównie dlatego, że wtedy była wojna, a Szwecja, była – cóż, jak zawsze – neutralna. Miał ogólnie bardzo burzliwe życie, jeszcze zanim został artystą, później tym bardziej, wiadomo, o tym by można pisać i pisać, to jest główną cechą charakterystyczną Vreeswijka, ale ja o tym napisałam dość sporo w tym Drimolandzkim wpisie, który Wam pokażę później. W 1964 roku urodził się jego syn Jack i w tym samym roku Vreeswijk zaczął odnosić sukcesy w muzyce i w literaturze, różne czasopisma przyjmowały jego wiersze, został też odkryty jako wokalista i gitarzysta. Aż do swojej śmierci był niesamowicie wręcz produktywny, mi ta jego twórczość i poetycka i muzyczna, przypomina jakąś studnię bez dna, co jakiś czas znajduję coś nowego, albo w Szwecji ujawniają w ogóle coś zupełnie nowego, co zrobił. Jego muzykę trudno jest chyba jakoś przystępnie dla Polaków określić, w Szwecji na to mówią visa. Visa to jest po szwedzku piosenka, albo pieśń, odnosi się to do jakiejkolwiek piosenki, ale jako gatunek dotyczy piosenek skandynawskich, takich trochę folklorystycznych, no w takim typowym stylu. Najlepsze jest to, że ja z tych wszystkich visiarzy tak naprawdę mało kogo lubię, przynajmniej tych takich, o których mówią, że są podobni do Vreeswijka, albo tworzyli w podobnych czasach, jak dla mnie w ogóle nie mają uroku. Międzynarodowo Vreeswijka wsadza się po prostu do wielkiego zbiorowiska wszystkiego i niczego pod tytułem folk. Ale to jeszcze nie jest wszystko, bo u niego słychać i bluesa, i jazz, i soul, i rocka, no ciężko jest go określić. Zwłaszcza, że ten jego styl tak sobie ewoluował trochę na przestrzeni lat, choć zawsze był bardzo rozpoznawalny, dla mnie przede wszystkim ze względu na tą jego gitarkę, ja jeszcze nie słyszałam, żeby któś tak grał, no chyba, że coveruje/parodiuje Vreeswijka. Nie chodzi nawet o to, że ładnie, czy coś, chociaż według mnie owszem, ale bardzo charakterystycznie. Ponieważ Cornelis miał ogromne zdolności aktorskie, grał też w kilku filmach, w tym w cudownym filmie Rännstensungar główną rolę, my z Zofijką bardzo lubimy ten film, o jego fabule też już gdzieś na Drimolandii pisałam. Oglądałyśmy go kilka razy, ja Zofijce mówię, co gadają, bo napisów brak, chociaż ja próbowałam coś tam sklecić po polsku i po angielsku, a Zofijka mi mówi, co robią. Zmarł 12 listopada 1987 roku na raka wątroby, w ogóle był strasznie wyniszczony, także mimo, iż go zoperowali i wszystko niby było OK, to chyba było już troszkę za późno.
Przechodząc do wpływu tej fazy na mnie i na moje życie, stwierdzić muszę przede wszystkim, że pojawiła się ona w jednym z najokropniejszych okresów w moim życiu, ale większość czasu jej trwania miała miejsce w czasie dla mnie ogromnie szczęśliwym. Pośrednio faza owa wpłynęła na mnie w ogromnej ilości rzeczy. Jak mi się zaczęła? Zacznę od tego, że w trzeciej klasie podstawówki, gdy uczyłam się szwedzkiego, poznałam taką piosenkę – "Balladen Om Herr Fredrik ?kare Och Den Söta Fröken Cecilia Lind". Nie wiem, w czyim ja to wtedy słyszałam wykonaniu, możliwe, że to było Vreeswijka, ale równie możliwe, że nie, w każdym razie bardzo ją wtedy polubiłam, nauczyłam się jej na pamięć, nie, żeby mi to do czegoś było potrzebne, ale wiecie, uczenie się na pamięć różnych textów w obcym języku potrafi być pomocne zwłaszcza na pierwszych etapach nauki, a w tym czymś było dużo ciekawych słów, choć jednocześnie dość łatwo było mi to zrozumieć, a jeszcze łatwiej zakodowało mi się w mózgu, jak się okazało, na wiele lat. Szwedzkiego uczyłam się do czwartej klasy, potem wróciłam do Lasek i tam spędzałam większość czasu, więc już lekcji nie miałam, uczyć się z czego też nie miałam, więc powoli i niepostrzeżenie zaczynałam wszystko zapominać, mimo, że kochałam ten język ogromnie, ale wolałam o nim w ogóle nie myśleć, bo pomimo, że bardzo się z Mamulką starałyśmy, nikogo w Warszawie nie znalazłyśmy, kto mógłby mnie tego szwedzkiego uczyć dalej i w ogóle, śmiesznie, bo przecież takie wielkie miasto, było mało prawdopodobne, żebym kiedyś umiała się nim posługiwać. Strasznie tęskniłam za jego brzmieniem, może to głupio zabrzmi, ale czułam to jak jakiś taki zew, że powinnam mieć z nim kontakt, zresztą teraz tak mam ze wszystkimi moimi językami, że strasznie, strasznie chciałabym móc nimi mówić, że mogłabym ich słuchać dosłownie cały czas, to jest chyba jakiś fetysz, no nie? 😀 Potem poszłam sobie do gimnazjum, byłam w drugiej klasie, przyjechałam do domu na przerwę majową i nagle w ogóle od czapy przyczepiła mi się do mózgu ta Cecilia Lind i nie chciała mi się odczepić, co uważałam za dziwne, bo jak dotąd w ogóle o niej nie myślałam jakoś szczególnie, w ogóle mnie rozśmieszyło, że jeszcze pamiętam niemalże cały text tego czegoś, melodię i w ogóle. Łaziło to to za mną tak, że 1 maja postanowiłam sobie znaleźć tą piosenkę w sieci i jeszcze raz jej posłuchać, umilając sobie w ten sposób czas, który miałam poświęcić na ogarnięcie projektu gimbazjalnego. No i jakoże wersja Vreeswijka jest wersją oryginalną tej piosenki, to ją znalazłam jako pierwszą i stopniowo zaczęłam się zarażać. Bardzo, bardzo, bardzo powoli, ale widocznie. W którymś momencie, gdy już byłam tego świadoma, że oto zostałam zarażona trzecią fazą i trochę rozczarowana, że faza na Declana nie jest już moją główną fazą, bo zawsze to jest trochę taki ciężki proces, pomyślałam, że teraz to ja już stanę na nosie, czy na czymkolwiek będzie trzeba, żeby na nowo zacząć się bawić szwedzkim. Tym bardziej, że im więcej słuchałam Vreeswijka, tym silniejsze miałam wrażenie, że te wszystkie słowa, które ja już zapomniałam, szwedzki akcent, wszystko w ogóle, zaczyna do mnie wracać. Skojarzyło mi się to trochę tak, jakby człowiek miał amnezję i nagle wszystko zaczyna mu się w mózgu układać, kim tak właściwie jest i wszystko wydaje się takie normalne i oczywiste, mimo, że jeszcze pół minuty wcześniej tego nie wiedział. Bardzo, bardzo, ogromnie mi to ułatwiło późniejszą naukę, tym bardziej, że ja jeśli chodzi o moje fazy jestem wścibska do bólu i jeśli czegoś nie rozumiałam, to w tym celu zainstalowałam sobie szwedzki słownik na mojej pięknej Nokii, a że zasad pisowni nie zapomniałam, to na pierwszej lekcji miałam już dosyć rozbudowane i różnorodne słownictwo. Tak funkcjonowałam przez cały maj i przez całe wakacje, moja fazunia pięknie się rozwijała, a potem przeniosłam się do mojej rejonowej szkoły, wskutek czego mogłam wznowić moje lekcje szwedzkiego, a że wtedy byłam już nieco bardziej ogarnięta z kwestiami technicznymi, mogłam też się dużo uczyć sama. Rzeczą, która zadziwia mnie do tej pory, jest fakt, że jeszcze przed wakacjami udało mi się przetłumaczyć pierwszą piosenkę, a zarazem wiersz Vreeswijka "Vaggvisa För Bim, Cornelis Och Alla Andra Människor P? Jorden" (Kołysanka Dla Bim, Cornelisa I Wszystkich Innych Ludzi Na Ziemi). Takie miałam marzenie, żeby przetłumaczyć polskim ludziom chociaż część twórczości Vreeswijka i mam do tej pory, a wtedy właśnie siedziałam nad textem tej kołysanki, po prostu chcąc ją choć w części zrozumieć i wtedy mnie nagle naszło, jakby to można ładnie zrobić po naszemu. Ładnie to nie wiem, czy było, ale było nieźle jak na moje ówczesne możliwości, chociaż pewnych rzeczy do dzisiaj nie wiem, jak poprawić. Przetłumaczyłam także kilka innych wierszy i piosenek Vreeswijka, ale większość jak już pisałam tkwi w jakimś martwym punkcie i nie wiem, co zrobić z tym dalej. Nie wiem w ogóle, czy jego twórczość przyjęłaby się u nas, czasami mam wrażenie, że to podobnie szalony pomysł, jak sadzenie bananów w naszych szerokościach geograficznych.
Ponadto, co może się wydawać absurdalne, pośrednio można rzec, że nawróciłam się dzięki Vreeswijkowi. Może być to śmieszne, bo sam Vreeswijk nie był człowiekiem wierzącym, mimo, iż jego żona, tfu, sorry, chciałam powiedzieć, że jedna z jego trzech żon, twierdzi, że był człowiekiem uduchowionym, jak dla mnie to jest jednak różnica. Pochodzę z bardzo wierzącej rodziny, także teoretycznie zawsze byłam chrześcijanką, ale moja wiara była raczej słaba, a w Laskach, gdzie frustrowało mnie podejście do spraw religii, mówiąc oględnie, osłabiła się jeszcze bardziej, z czasem weszłam w ezoterykę, okultyzm i inne takie badziewie, szerzej o tym pisałam na Drimolandii, zresztą nieszczególnie chce mi się do tego wracać na forum publicznym. Jeszcze na krótko zanim poznałam Vreeswijka, różne rzeczy i różni ludzie na różne, dość dobitne sposoby pokazywali mi, że powinnam stamtąd jak najszybciej wyleźć, w sensie z tego całego okultystycznego badziewia i w ogóle. Gdy poznałam Vreeswijka, byłam już na dobrej drodze do uczynienia tego, chciałam to zrobić i się od tego wszystkiego uwolnić, a potem wpadła mi w ręce praca magisterska człowieka, który nazywa się Peter jakiś tam, dotyczyła w każdym razie obrazu Boga w twórczości Cornelisa i jeszcze dwóch jakichś tam intelektualistów ze Szwecji. Ja tak to czytałam i czytałam, co drugie słowo musiałam sobie tłumaczyć, mimo, że zytałam tylko część dotyczącą Vreeswijka to i tak roboty z tym miałam dużo i dużo czasu mi to zajęło, ale coraz bardziej się przybijałam. Przede wszystkim utwierdziłam się w przekonaniu, że Vreeswijk jest socjalistą. Ja staram się nie robić tak jak moja Mamulka i lubić albo nie lubić ludzi za to, jakie mają poglądy, bo to trochę głupie, staram się szanować ludzi łącznie z ich poglądami, ale trochę mnie to zasmuciło, bo jednak ja mam poglądy prawicowe i myślę, że człowiek liberalny poczułby się podobnie, gdyby się dowiedział, że człowiek na którego ma fazę, jest faszystą, no rozumiecie, o co idzie. Potem dowiedziałam się ogólnie o jego podejściu do spraw wiary, a że znałam już dość dobrze jego życiorys i poglądy w różnych innych kwestiach, zaczęłam człowiekowi współczuć. Współczułam mu w bardzo wielu kwestiach, ale wtedy współczułam mu tego, że zapewne teraz, jak już jest gdzieś tam po drugiej stronie, srogo się na swoich poglądach najprawdopodobniej zawiódł. A potem Mamulka przeczytała mi książkę "Święta Pani", Fulli Horak, czytała mi ją już parokrotnie wcześniej, ale niezbyt mnie to interesowało, albo tylko bardzo powierzchownie. Książka dotyczy życia pozagrobowego, głównie dusz czyśćcowych. No i odtąd zaczęłam modlić się za dusze czyśćcowe, szczególnie często za Vreeswijka i zmarłych z mojej rodziny. Mam nadzieję, że jeśli tam jest, w jakimś stopniu mu to pomogło lub pomoże, bo myślę, że jego szwedzcy przyjaciele nieszczególnie się przejmują tym, co dzieje się z nim, jak i z kimkolwiek innym, po śmierci. O mojej drodze powrotnej do chrześcijaństwa też już pisałam we wpisie o duszach czyśćcowych na Drimolandii.
Jeszcze co do szwedzkiego, jedną z pierwszych rzeczy, jakich dowiedziałam się o Vreeswijku, było to, że jak przyjechał do Szwecji, to bardzo szybko zaczął mówić po szwedzku, ale tak naprawdę szybko to ogarnął. I ja stwierdziłam, że ło mamusiu ja też tak chcę. I potraktowałam to jako swego rodzaju wyzwanie. Niewieloma rzeczami w życiu się zajmowałam z takim perfekcjonizmem. No i stwierdzić muszę, że teraz, jak tak patrzę z perspektywy niecałych trzech lat, odkąd uczę się szwedzkiego, gdy mówię już dość płynnie, no kurczę, tak w miarę płynnie mówić potrafiłam już w pierwszej połowie pierwszej liceum. Nie mówię, że gramatycznie, bo nie zawsze, pisałam dość nieortograficznie, śmisznie trochę, ale bardzo dobrze rozumiałam ze słuchu, miałam dosyć dorzeczny akcent chyba, przynajmniej mój nauczyciel twierdzi, że szybko mi wszedł i się nie przycinałam przy mówieniu co chwilę, choć z ingliszem miałam tak przez bardzo, baardzo długi czas, zapominałam podczas nawijania wielu słów, czego ze szwedzkim praktycznie nie miałam w ogóle.
Wtedy zaczęłam też uwielbiać holenderski. Wcześniej, przed fazą na Cornelisa, holenderski w ogóle mi się nie podobał, no przecież jest taki strasznie ostry, normalnie nadaje się do użytku chyba tylko w celach militarnych, a po jakimś czasie słuchania holenderskich utworów Vreeswijka stwierdziłam, "Matko, jaki ten holenderski jest piękny, taki pięknie charczący, ja nie wyrobię.". 😀 Potem jeszcze odkryłam fryzyjski, z którym Cornelis nie ma nic wspólnego, ale, że się nim mówi w Holandii, to w którymś momencie na fryzyjski wpadłam i zaczęłam wielbić. Potem jeszcze kiedyś się dowiedziałam, że Cornelis umiał trochę mówić po fińsku, a mi się fiński zawsze podobał, więc zaczęłam też drążyć temat fińskiego i również ten język ogromnie polubiłam i podobnie jak z holenderskim nauczyłam się jego bardzo podstawowych podstaw i kiedyś zamierzam więcej zrobić z tymi trzema językami. W ogóle Cornelis dość dużo języków znał z tego, co mi wiadomo, ktoś mi mówił, że nawet rosyjski, ale nigdzie nie udało mi się tego zweryfikować, także akurat do tego rosyjskiego sceptycznie podchodzę, po ingliszu podobno zaczął dość szybko mówić, bo w jednym z wywiadów mówi, że zanim poznał szwedzki, to w Szwecji rozmawiał z ludźmi po angielsku. Według mnie ma trochę śmiszny akcent w tym ingliszu, mi się kojarzy z jakimiś hipisami, choć nie mam pojęcia dlaczego.
Inną rzeczą, która nastąpiła podczas tej fazy, było to, że bardzo polubiłam książkę Colina Wilsona "Outsider". Gdzieś przeczytałam, że bardzo wpłynęła ona na Vreeswijka, no a że faza tak działa, postanowiłam, że w związku z tym muszę, muszę ją przeczytać. Czytałam ją bardzo długo, umilałam sobie nią czas na przerwach w trzeciej gimnazjum, wtedy miałam w szkole wiele okazji do czytania i chociaż zwłaszcza na początku ciężko mi było przez nią przebrnąć i w ogóle na pewno nie mogę powiedzieć, że czytałam ją z zapartym tchem, to jednak muszę przyznać, że w którymś momencie stwierdziłam, że bardzo ją lubię i na pewno jeszcze będę do niej niejednokrotnie zaglądać, może nie, żeby czytać od deski do deski, ale serio dużo można z niej wyciągnąć. I rzeczywiście, co jakiś czas do niej zaglądam i znajduję w niej coś dla siebie. Śmiesznie, bo jest to książka filozoficzna, ja takich na ogół nie czytuję, traktuje ona o różnych sławnych outsiderach z minionych stuleci, opisuje ich życiorysy i to, w czym byli outsiderami, pozornie rzecz straszliwie nudna, jak wejdziesz głębiej, wcale nie. Chociaż ja sama nie mam pojęcia, czy mogłabym się określić jako "outsider", to jednak zdecydowanie rozumiem, co tak przyciągnęło do tej książki Vreeswijka, na pewno jest to książka kształtująca mózg w jakimś stopniu.
Zaraziłam fazą iście ciekawe grono osób. Przede wszystkim Celtic1002, to jest już chyba reguła, że się zarażamy fazami, czy coś, troszkę Zofijkę, chociaż Zofijka nie rozumie, o co w tym wszystkim w ogóle chodzi, no ale to jest raczej logiczne, a poza tym, uwaga, uwaga… moją babcię. Wyobrażacie sobie? Zarazić BABCIĘ fazą? Kiedyś sobie tak rozmawiałyśmy o muzyce, babcia mi mówiła, że lubi niejakiego Jacquesa Brela, ja go nie lubię, w ogóle nie lubię takiej muzy, ale Vreeswijk lubi Brela i innych takich zamułów, zresztą ma z nimi dużo wspólnego muzycznie, oboje są poza tym intelektualiści, w sensie moja babcia i Cornelis, i tak mnie naszło, żeby babci pokazać muzykę Cornelisa. I tak siedzimy, słuchamy i w którymś momencie babcia mówi "Niesamowity jest cały ten twój Vreeswijk". 😀 Śmiesznie to zabrzmiało, ale nie sposób się nie zgodzić. Teraz babci trochę przeszło, bo nie ukrywam, że najwięcej niesamowitości Vreeswijka znajduje się w jego textach, tak to ja zawsze babci tłumaczyłam, o co chodzi, a teraz, jak się przeprowadziliśmy, to nie bardzo jest kiedy. Kolejna osoba, jaką zaraziłam, jest również osobliwością, ponieważ jest to nauczycielka polskiego z mojego rejonowego gimnazjum. Zabawnie, czyż nie? Ja tam miałam nauczanie indywidualne, w trakcie roku okazało się śmisznie, że ja niby w Laskachw drugiej klasie przerobiłam większość lektur i w ogóle wiele rzeczy z klasy trzeciej, poza tym bardzo dobrze mi w tym roku szło, więc szybko przerobiłyśmy materiał i po egzaminach na lekcjach właściwie nie bardzo było co robić. W związku z tym któregoś dnia przeczytałam jej moje tłumaczenia Vreeswijka i tak się potoczyło dalej, że ona go polubiła i potem na każdej lekcji chociaż przez chwilę rozmawiałyśmy o Vreeswijku. Aczkolwiek teraz nie mam pojęcia, co z tą jej fazą.
Aha. Zapomniałam jeszcze wspomnieć o jednej iście ciekawej rzeczy. Dzięki Vreeswijkowi przekonałam się, odrobinę zaledwie, ale jednak, do jazzu. Kiedyś po prostu nie trawiłam, no w ogóle nic, a u niego jest tych jazzowych motywów trochę. Także w trakcie trwania tej fazy zdążyłam minimalnie jazz polubić i polubiłam prawie wszystkie jego utwory z tymi jazzowymi motywami, chociaż albumu "Cornelis & Jazz Incorporated" nie lubię do tej pory, bo dla mnie jest już za bardzo jazzujący. Zresztą w ogóle jeśli jakichś utworów Vreeswijka nie lubię to na ogół albo dla tego, że za dużo jest w tym jazzu, albo dlatego, że jaskrawo kłóci się treść tego czegoś z moimi poglądami, bo on się z tym swoim socjalizmem straszliwie afiszował.
Faza trwała mi do 3 grudnia ubiegłego roku.
OK, to będzie tyle, zaraz wstawię wpis z Drimolandii i… o kurczę, jakiś awatar, naprawdę nie wiem co.
Cornelis Vreeswijk.
Tak więc przyszła pora na obiekt mojej trzeciej fazy, Cornelisa Vreeswijka. Ostatnio pisałam Wam, że muszę się uwijać z Declanem i z Cornelisem, bo niedługo są jego urodziny, Cornelisa w sensie, z tym, że pochrzaniło mi się, bo napisałam, że w poniedziałek. Byłam przekonana, że 8 sierpnia to jest poniedziałek, bo akurat pisałam z jedną taką dziewczyną, którą znam na tyle dobrze, że wiem, że zawsze robi pewną rzecz w poniedziałki, teraz przez parę tygodni tego nie miała i pisała mi, że następny raz będzie mieć ósmego, tak więc przekonana byłam, że to również będzie poniedziałek. No ale nieważne, w każdym razie urodziny Vreeswijka są dziś, także gratis p? födelsedagen, Cornelis, happy birthday, fijne verjaardag czy nie wiem, po jakiemu tam jeszcze. 🙂
W Szwecji dziś szumi o Vreeswijku, w Holandii nie tak bardzo, niewdzięczni są, ale nawet w Szwecji normalnie nie szumi tak jak dziś, bo dziś są osiemdziesiąte urodziny Cornelisa, w każdym razie byłyby, gdyby żył, nie wiem, czy gdzieś tam w zaświatach również je obchodzi. Mimo, że mi się już ta faza trochę przytłumiła moją czwartą jakże intensywną fazą, to jednak jak na przytłumioną fazę wciąż jeszcze Vreeswijk sporo miejsca w moim mózgu zajmuje. Strasznie się więc cieszę, że tak dzisiaj szumią w Szwecji ze wszystkich stron, dzisiaj już się zdążyłam rozkleić, bo dziennikarz szwedzkiego radia P4 zrobił reportaż o Vreeswijku i słuchałam jego pierwszej części, ja się jakoś bardzo łatwo nie wzruszam, to znaczy ogólnie chyba tak, ale nie tak do łez jak na przykład moja Mamulka, albo moja babcia, która obecnie płacze i z radości, i ze smutku, i czegokolwiek, co ją bardziej poruszy, ale jak słucham jakiegoś reportażu o Vreeswijku, a zwłaszcza jak oglądam iluśsetny raz z kolei film o nim, albo któryś z filmów z nim, no to się rozkleić muszę, nie ma innej opcji chyba, co mnie trochę wkurza czasami. Dzisiaj jeszcze mnie wybitnie wpieniało, jak czegoś nie rozumiałam, na ogół to były jakieś pojedyncze słowa czy frazy, albo jak ktoś wybitnie faflunił i niewiele się dało z tego zajarzyć, ale ja się obawiałam, że umknie mi coś bardzo istotnego, no i się wkurzałam. Aha, jeszcze dzisiaj w Dagens Nyheter, to jest taka szwedzka gazeta, jakby któś nie kojarzył, chociaż dość znana jest i poza Szwecją, pojawił się quiz o Vreeswijku. Ja go postanowiłam rozwiązać, i wiecie co? Ja bym się nie chciała chwalić, zresztą nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale z całego tego quizu nie znałam odpowiedzi tylko na jedno pytanie, mianowicie ile Cornelis dostał nagród Grammy, wiedziałam, że kilka, ale, że dla mnie się w większości przypadków bardziej liczy jakość, a nie ilość, rzadko kiedy mnie w ogóle liczby interesują, to nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Całą resztę wiedziałam. To już jest jakaś choroba, no nie? Swoją drogą, ciekawa jestem, ile wiedzą o nim Szwedzi, w sensie tacy przeciętni ludzie, nie takie fisie, jak ja. Większość Szwedów, których ja znam, poznałam jakoś przez Vreeswijka, na jakichś forach, blogach, czy cóś, także oni wiedzą z pewnością więcej niż ja, ale od takiego przeciętnego Erika Svenssona to ja jednak chyba wiem więcej, tak mi się wydaje. WOlałabym jednak, żeby mi się tylko wydawało, bo nieładnie by to o nich świadczyło. 😀 Ale dobra.
Powinnam Wam chyba trochę opowiedzieć o Vreeswijku, bo w Polsce tylko nieliczne jednostki go znają, chyba tylko ludzie, którzy znają szwedzki, jeżdżą do Szwecji, czy coś, no albo ci, którzy znają mnie i zdążyli się troszkę zarazić. 😛 Jak pisałam jeszcze na Drimolandii, moja fazunia była w apogeum i stworzyłam całego, wielkiego wpisa, z minibiografią Vreeswijka. Gdybym miała pisać o wszystkim, co o nim wiem, zajęłoby to chyba z dobre kilkadziesiąt stron, bo w przeciwieństwie do Enyi, która ogromnie chroni swoją prywatność i Declana, którego jak sądzę też rodzice bardzo chronili, o Vreeswijku media uwielbiały dostarczać informacji, wtedy niezawsze prawdziwych, teraz już raczej zweryfikowanych przez dość liczne biografie. Właściwie to chyba ja Wam tego wpisa z Drimolandii w następnym wpisie przekleję, tutaj napiszę tak tylko krótko o Cornelisie.
Tak więc Cornelis Vreeswijk urodził się 8 sierpnia 1937 roku w Ij Muijden w Holandii, to jest taka dość mała, portowa miejscowość. Jak jeszcze się bardzo interesowałam astrologią, to gdzieś słyszałam, że ludzie urodzeni w urodziny miesiąca, czyli właśnie 1 stycznia, 2 lutego, 3 marca itd. są genialni. Nie wiem ile w tym jest prawdy, niemniej jednak znam człowieka, który urodził się 1 stycznia i w sumie nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś mi powiedział, że jest genialny, o Cornelisie wiele osób tak mówi, nie wiem, czy w sensie potocznym, czy dlatego, że naprawdę tak sądzą, myślę jednak, że coś w tym jest. W wieku lat 12 razem ze swoją rodziną przeprowadził się do Szwecji, głównie dlatego, że wtedy była wojna, a Szwecja, była – cóż, jak zawsze – neutralna. Miał ogólnie bardzo burzliwe życie, jeszcze zanim został artystą, później tym bardziej, wiadomo, o tym by można pisać i pisać, to jest główną cechą charakterystyczną Vreeswijka, ale ja o tym napisałam dość sporo w tym Drimolandzkim wpisie, który Wam pokażę później. W 1964 roku urodził się jego syn Jack i w tym samym roku Vreeswijk zaczął odnosić sukcesy w muzyce i w literaturze, różne czasopisma przyjmowały jego wiersze, został też odkryty jako wokalista i gitarzysta. Aż do swojej śmierci był niesamowicie wręcz produktywny, mi ta jego twórczość i poetycka i muzyczna, przypomina jakąś studnię bez dna, co jakiś czas znajduję coś nowego, albo w Szwecji ujawniają w ogóle coś zupełnie nowego, co zrobił. Jego muzykę trudno jest chyba jakoś przystępnie dla Polaków określić, w Szwecji na to mówią visa. Visa to jest po szwedzku piosenka, albo pieśń, odnosi się to do jakiejkolwiek piosenki, ale jako gatunek dotyczy piosenek skandynawskich, takich trochę folklorystycznych, no w takim typowym stylu. Najlepsze jest to, że ja z tych wszystkich visiarzy tak naprawdę mało kogo lubię, przynajmniej tych takich, o których mówią, że są podobni do Vreeswijka, albo tworzyli w podobnych czasach, jak dla mnie w ogóle nie mają uroku. Międzynarodowo Vreeswijka wsadza się po prostu do wielkiego zbiorowiska wszystkiego i niczego pod tytułem folk. Ale to jeszcze nie jest wszystko, bo u niego słychać i bluesa, i jazz, i soul, i rocka, no ciężko jest go określić. Zwłaszcza, że ten jego styl tak sobie ewoluował trochę na przestrzeni lat, choć zawsze był bardzo rozpoznawalny, dla mnie przede wszystkim ze względu na tą jego gitarkę, ja jeszcze nie słyszałam, żeby któś tak grał, no chyba, że coveruje/parodiuje Vreeswijka. Nie chodzi nawet o to, że ładnie, czy coś, chociaż według mnie owszem, ale bardzo charakterystycznie. Ponieważ Cornelis miał ogromne zdolności aktorskie, grał też w kilku filmach, w tym w cudownym filmie Rännstensungar główną rolę, my z Zofijką bardzo lubimy ten film, o jego fabule też już gdzieś na Drimolandii pisałam. Oglądałyśmy go kilka razy, ja Zofijce mówię, co gadają, bo napisów brak, chociaż ja próbowałam coś tam sklecić po polsku i po angielsku, a Zofijka mi mówi, co robią. Zmarł 12 listopada 1987 roku na raka wątroby, w ogóle był strasznie wyniszczony, także mimo, iż go zoperowali i wszystko niby było OK, to chyba było już troszkę za późno.
Przechodząc do wpływu tej fazy na mnie i na moje życie, stwierdzić muszę przede wszystkim, że pojawiła się ona w jednym z najokropniejszych okresów w moim życiu, ale większość czasu jej trwania miała miejsce w czasie dla mnie ogromnie szczęśliwym. Pośrednio faza owa wpłynęła na mnie w ogromnej ilości rzeczy. Jak mi się zaczęła? Zacznę od tego, że w trzeciej klasie podstawówki, gdy uczyłam się szwedzkiego, poznałam taką piosenkę – “Balladen Om Herr Fredrik ?kare Och Den Söta Fröken Cecilia Lind”. Nie wiem, w czyim ja to wtedy słyszałam wykonaniu, możliwe, że to było Vreeswijka, ale równie możliwe, że nie, w każdym razie bardzo ją wtedy polubiłam, nauczyłam się jej na pamięć, nie, żeby mi to do czegoś było potrzebne, ale wiecie, uczenie się na pamięć różnych textów w obcym języku potrafi być pomocne zwłaszcza na pierwszych etapach nauki, a w tym czymś było dużo ciekawych słów, choć jednocześnie dość łatwo było mi to zrozumieć, a jeszcze łatwiej zakodowało mi się w mózgu, jak się okazało, na wiele lat. Szwedzkiego uczyłam się do czwartej klasy, potem wróciłam do Lasek i tam spędzałam większość czasu, więc już lekcji nie miałam, uczyć się z czego też nie miałam, więc powoli i niepostrzeżenie zaczynałam wszystko zapominać, mimo, że kochałam ten język ogromnie, ale wolałam o nim w ogóle nie myśleć, bo pomimo, że bardzo się z Mamulką starałyśmy, nikogo w Warszawie nie znalazłyśmy, kto mógłby mnie tego szwedzkiego uczyć dalej i w ogóle, śmiesznie, bo przecież takie wielkie miasto, było mało prawdopodobne, żebym kiedyś umiała się nim posługiwać. Strasznie tęskniłam za jego brzmieniem, może to głupio zabrzmi, ale czułam to jak jakiś taki zew, że powinnam mieć z nim kontakt, zresztą teraz tak mam ze wszystkimi moimi językami, że strasznie, strasznie chciałabym móc nimi mówić, że mogłabym ich słuchać dosłownie cały czas, to jest chyba jakiś fetysz, no nie? 😀 Potem poszłam sobie do gimnazjum, byłam w drugiej klasie, przyjechałam do domu na przerwę majową i nagle w ogóle od czapy przyczepiła mi się do mózgu ta Cecilia Lind i nie chciała mi się odczepić, co uważałam za dziwne, bo jak dotąd w ogóle o niej nie myślałam jakoś szczególnie, w ogóle mnie rozśmieszyło, że jeszcze pamiętam niemalże cały text tego czegoś, melodię i w ogóle. Łaziło to to za mną tak, że 1 maja postanowiłam sobie znaleźć tą piosenkę w sieci i jeszcze raz jej posłuchać, umilając sobie w ten sposób czas, który miałam poświęcić na ogarnięcie projektu gimbazjalnego. No i jakoże wersja Vreeswijka jest wersją oryginalną tej piosenki, to ją znalazłam jako pierwszą i stopniowo zaczęłam się zarażać. Bardzo, bardzo, bardzo powoli, ale widocznie. W którymś momencie, gdy już byłam tego świadoma, że oto zostałam zarażona trzecią fazą i trochę rozczarowana, że faza na Declana nie jest już moją główną fazą, bo zawsze to jest trochę taki ciężki proces, pomyślałam, że teraz to ja już stanę na nosie, czy na czymkolwiek będzie trzeba, żeby na nowo zacząć się bawić szwedzkim. Tym bardziej, że im więcej słuchałam Vreeswijka, tym silniejsze miałam wrażenie, że te wszystkie słowa, które ja już zapomniałam, szwedzki akcent, wszystko w ogóle, zaczyna do mnie wracać. Skojarzyło mi się to trochę tak, jakby człowiek miał amnezję i nagle wszystko zaczyna mu się w mózgu układać, kim tak właściwie jest i wszystko wydaje się takie normalne i oczywiste, mimo, że jeszcze pół minuty wcześniej tego nie wiedział. Bardzo, bardzo, ogromnie mi to ułatwiło późniejszą naukę, tym bardziej, że ja jeśli chodzi o moje fazy jestem wścibska do bólu i jeśli czegoś nie rozumiałam, to w tym celu zainstalowałam sobie szwedzki słownik na mojej pięknej Nokii, a że zasad pisowni nie zapomniałam, to na pierwszej lekcji miałam już dosyć rozbudowane i różnorodne słownictwo. Tak funkcjonowałam przez cały maj i przez całe wakacje, moja fazunia pięknie się rozwijała, a potem przeniosłam się do mojej rejonowej szkoły, wskutek czego mogłam wznowić moje lekcje szwedzkiego, a że wtedy byłam już nieco bardziej ogarnięta z kwestiami technicznymi, mogłam też się dużo uczyć sama. Rzeczą, która zadziwia mnie do tej pory, jest fakt, że jeszcze przed wakacjami udało mi się przetłumaczyć pierwszą piosenkę, a zarazem wiersz Vreeswijka “Vaggvisa För Bim, Cornelis Och Alla Andra Människor P? Jorden” (Kołysanka Dla Bim, Cornelisa I Wszystkich Innych Ludzi Na Ziemi). Takie miałam marzenie, żeby przetłumaczyć polskim ludziom chociaż część twórczości Vreeswijka i mam do tej pory, a wtedy właśnie siedziałam nad textem tej kołysanki, po prostu chcąc ją choć w części zrozumieć i wtedy mnie nagle naszło, jakby to można ładnie zrobić po naszemu. Ładnie to nie wiem, czy było, ale było nieźle jak na moje ówczesne możliwości, chociaż pewnych rzeczy do dzisiaj nie wiem, jak poprawić. Przetłumaczyłam także kilka innych wierszy i piosenek Vreeswijka, ale większość jak już pisałam tkwi w jakimś martwym punkcie i nie wiem, co zrobić z tym dalej. Nie wiem w ogóle, czy jego twórczość przyjęłaby się u nas, czasami mam wrażenie, że to podobnie szalony pomysł, jak sadzenie bananów w naszych szerokościach geograficznych.
2 replies on “Cornelis Vreeswijk.”
@celtic1002 pokazała mi kiedyś jakąś jego piosenkę, ale mnie nie ujęła, chociaż, z drugiej strony, może
to za szybko, żeby się obiektywnie wypowiedzieć.
On ma przede wszystkim piosenki bardzo różne, także jedna nie zdefiniuje jego stylu, a poza tym nawet i dla mnie są takie piosenki Vreeswijka, które rzeczywiście średnio mnie ujmują.